Reklama
Reklama

Zapytaj on-line 2117110
Status:

Naszą witrynę przegląda teraz 3 gości 
NOC MUZEÓW
Reklama
Statystyki
mod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_countermod_vvisit_counter
mod_vvisit_counterDziś38
mod_vvisit_counterWczoraj33
mod_vvisit_counterW tym tygodniu158
mod_vvisit_counterPoprzedni tydzień258
mod_vvisit_counterW tym miesiącu900
mod_vvisit_counterPoprzedni miesiąc1259
mod_vvisit_counterRazem47543

8 września 1811

8 września 1811r.

Upalne lato buszowało płomykami słońca w falujących setkach kłosów żyta. Spoglądając z okna celi w klasztorze na Świętej Górze miało się wrażenie, jakby u podnóża bazyliki znajdowało się jasnożółte morze.  Świątynia wraz zabudowaniami wydawała się wyspą otoczoną murem. Za chwilę to wszystko zniknie, dzięki kilkunastu sprawnym rękom uzbrojonym w ostre kosy – pomyślał niewysoki zakonnik, odwracając ze smutkiem wzrok od kołyszącego się leniwie zboża.  Okno, które znajdowało się na pierwszym piętrze budynku klasztornego, wychodziło na północ, skąd roztaczał się widok na dwie małe wsie o tej samej nazwie – Drzęczewo. Świat wydaje się czasem tak beztroski. Jakby w takie leniwe, słoneczne południe zapominał o wszystkich okropnościach czasów w jakich żyjemy – westchnął.
Trudno było określić jego wiek. Przygarbiona sylwetka i gęsta broda mogły sugerować podeszły wiek, ale oczy błyszczały nadal energią. Jego ruchy, mimo wewnętrznego spokoju, na pewno nie kojarzyły się z podeszłym wiekiem. Człowiek ten nie przekroczył jeszcze czterdziestu lat, sporo jednak zaznał w życiu.
Zakonnik rozejrzał się po swojej celi. Nie była wielka. Właściwie sprzęty: łóżko, mały stolik, klęcznik i skromna szafka, zajmowały prawie całą przestrzeń. Ciasno i przytłaczająco – pomyślał. Minęło dziesięć lat od chwili kiedy postanowił wstąpić do kongregacji Ojców Filipinów. Kilka lat później przyjął święcenia kapłańskie. Zamknął się za murami klasztornymi, by uciec od świata. Świata, który na początku XIX wieku stanowił czas wojen, gwałtów, niesprawiedliwości. Straszliwej rzezi bitew, w których, po raz pierwszy w historii,  ginęły tysiące ludzi. Nie potrafił akceptować istnienia takiego świata, ale ten świat sięgnął po niego wplątując w intrygę, która mogła zmienić bieg historii. Ksiądz westchnął – minęło pięć lat od tych wydarzeń. Długich tygodni ukrywania się w majątkach okolicznej szlachty, by wreszcie teraz kiedy zagrożenie prawdopodobnie minęło, móc wrócić do klasztoru. Odszedł od okna. Przed chwilą posłaniec podał mu paczkę, która nadal leżała zapieczętowana na stoliku. Ksiądz nie mógł już dłużej odwlekać jej otwarcia. Niewielu ludzi wiedziało o jego miejscu pobytu. Wiedział, że paczka może oznaczać kłopoty. Rozwinął zawiniątko. Elegancki, sztywny papier zdradzał, że nadawca był człowiekiem majętnym. Mnich zaczął czytać krótki list.


Poznań, 12 maja 1811r.
Drogi przyjacielu!
Zgodnie z obietnicą przekazuję Ci obiecany medalion. Należał on do mojej matki i dziś jego droga prowadzi do Ciebie. Dbaj o niego i szanuj. Kiedy będę mógł, przyjadę po niego.
Twój Hieronim

Mnich westchnął. Nie znał nikogo o imieniu Hieronim. Czyżby ten list miał stanowić groźbę, że został rozpoznany? A może to po prostu pomyłka? Nie – zimny dreszcz przebiegł mu po plecach – nadawca dokładnie podał jego imię i nazwisko oraz miejsce pobytu. Na paczce widniało:
Ojciec Stefan Błażejewski,
Klasztor oo Filipinów.
Święta Góra koło Gostynia.
Odłożył list i wziął do ręki przysłany medalion. Przez chwilę przez jego mózg przeszedł błysk – już gdzieś widział taki medalion…. Tylko gdzie? W jakich okolicznościach? Rozmyślania przerwało pukanie do drzwi celi.
Wejdź Arturze – Mnich wiedział, że tylko jedna osoba może go odwiedzać w klasztorze – jego siostrzeniec.  Opiekował się nim od chwili śmierci swojego szwagra. Poniekąd czuł się za niego odpowiedzialny. Jego ojca ostatni raz widział kiedy 22 sierpnia 1794r przyłączył się do oddziału powstańczego pod dowództwem Franciszka Garczyńskiego. Szli walczyć o Polskę u boku Kościuszki. Razem z nim byli Zakiewicz, Dobrzeński, Mentkowski, Jaskólski, Maliński, Springe, Pietrowski,Stande, Tylski, Walewicz, Czys, Zagórski, Antoni Reichelt, Józef Kamiński.  Było ich więcej, ale zakonnik pamiętał nazwiska tylko tych, którzy wrócili. Jan Wielachowski nie wrócił. Zostawił żonę, córkę i kilkuletniego syna – Artura. Zakonnik zaopiekował się rodziną siostry. Zapewnienie im szczęścia  i poczucia bezpieczeństwa stało się celem jego życia. Może chciał odkupić to, że nie poszedł wtedy z oddziałem powstańczym, by wesprzeć Naczelnika Kościuszkę? Może dlatego, że nie udało mu się powstrzymać szwagra. Wiele godzin zajęło mu przekonywanie go, że każde powstanie nie uda się wobec słabości Polski i potęgi Rosji i Prus. Daremno.
Mężczyzna, który wszedł wyglądał na około 20 lat. Długie, proste włosy opadały na kark. Na ogorzałej wiatrem twarzy przyciągały uwagę inteligentne szare oczy. Wraz z jego wejściem do celi, wydawało się, że zagościła w niej dawno nie widziana tu radość.
- Witaj ojcze Stefanie - Artur Wielachowski uściskał mnicha. - Co to za święto? Prezent ? – spytał wskazując na paczkę.
Mnich zastanowił się przez chwilę. Nie chciał nikogo wtajemniczać w swój sekret. To zbyt niebezpieczne. Wielachowski był jedyną jego rodziną i chyba tylko on w okolicy, wiedział o jego roli w akcji Chess- player. Nie wtajemniczał go w szczegóły, a siostrzeniec nie pytał, wiedząc że są tajemnice, które muszą być zachowane. Zarys wydarzeń był mu jednak znany. A ten list jednak mógł być zwykłą pomyłką.
- Co o tym sądzisz? – podał dokument Wielachowskiemu. - To chyba pomyłka, przecież nie znam żadnego Hieronima. Tylko dlaczego tu jest mój adres? Nikt nie powinien znać mojego miejsca pobytu…
Mnich usiadł przy oknie przyglądając się czytającemu. Uśmiech zszedł z jego twarzy. Widać było, że coś go zaaferowało. List był krótki, ale Artur czytał go już kilka minut, jakby próbował znaleźć w nim jakieś wskazówki. Widocznie nie znalazł, bo  zaczął oglądać papier na którym napisano te kilka zdań. Coś tu nie pasowało… Jego umysł podawał mu sygnał, a on nie potrafił go rozpoznać. Potarł czoło. Drogi papier listowny medalik, paczka… Rozejrzał się bezradnie i wtedy jego wzrok przykuł leżący na podłodze szary, pognieciony papier. Już wiedział: droga papeteria kontrastowała z tanim opakowaniem medalika. To musiało być celowe… Sięgnął po szary papier, rozprostował go  i zaczął mu się intensywnie przyglądać. Można było wyróżnić pisane ołówkiem litery…
- To jest właściwy list – podał papier mnichowi.
- Musisz mi go przeczytać. Mój wzrok już nie potrafi tak dobrze sobie radzić jak kiedyś – ojciec Stefan potrząsać głową oddał papier Arturowi.
- To raczej niemożliwe drogi wuju – roześmiał się mężczyzna – On jest pisany po francusku. A mnie nie uczono w szkołach tego szlachetnego języka. Nie bywałem też, jak ty w Paryżu. Je ne parle pas francais, ojcze.
Mnich westchnął i zaczął powoli czytać, tłumacząc list na język polski, tak by Artur też mógł się z nim zapoznać.


Boolinievs, 12 maja 1811.


Drogi Bracie!
Pozwól, że będę się tak do Ciebie zwracał, mimo tak krótkiej naszej znajomości. Pewnie domyślasz się, kim jestem i wiesz, że miejsce nadania listu jest fikcyjne. Podczas naszego ostatniego spotkania, wspomniałeś, że czasem trzeba sięgnąć do małej zdrady, by uniknąć większej. Nie wszystko wtedy rozumiałem. A na pewno nie rozumiałem Was – Polaków. Kiedy jednak załatwiłem już swoje sprawy i mogłem poświęcić się osobie, która wróżyła mi drugie życie, mogłem przemyśleć wiele. Twoje słowa wypowiedziane w chwili mojej klęski i postawa innego Polaka, któremu na imię było Józef, zaczęły do mnie powracać i docierać. I teraz dopiero kiedym spokoju zaznał, zaczynam powoli je rozumieć. I zdaje się widzieć inaczej.
Widzisz?
Tak - oczyma duszy mojej
W moim rodzinnym kraju, niektórzy Ojczyznę widzą w zależności od pozycji. Dla ubogich skupia się w nieosiągalnym kawałku wołowiny, dla lepszych - w stanowisku, we władzy. A wy narażacie życie swoje i bliskich dla kraju, który nie istnieje. Na ojczyznę mówicie Matka! Potraficie poświęcić za nią życie! I za to Mnichu winien Ci jestem przysługę.
Ci którzy wysłali mnie pięć lat temu w misję, a która dzięki Tobie zakończyła się fiaskiem szukają zemsty. Zdaje mi się, że mnie szukać już nie będą. Uciekłem za daleko, by stać się łupem ich siepaczy. Ale Ty Mnichu strzeż się! Pewien wpływowy człowiek w Londynie nie daruje klęski. Ostatnie doniesienia prasowe, które docierają z wyspy, wskazują, że wszyscy związani z tą sprawą znikają lub giną.
Przyjaciel, który mi pomógł ukryć się i czekać zemsty, która już niedługo się wypełni, poinformował mnie o szykowanym na Ciebie Mnichu zamachu. Mimo, że potężniejszy jest na kontynencie od cesarzy, nie potrafił na razie podać szczegółów skąd może spaść cios. Wiem, że osoby, które mnie wysłały ze straceńczą misją, nie ufały mi do końca. Pamiętasz Mnichu:  kiedy prosiłem Nettelbecka, by wyekspediował Cię do Poznania, wspomniał, że tuż przed nami był inny angielski emisariusz. Wtedy nie przywiązywałem do tego większej wagi, ale dziś wiem, że musiał to być Cleaner – osoba usuwająca resztki śladów. Był także w Gostyniu i na pewno udało mu się stworzyć siatkę. Musisz być czujny! Niebezpieczeństwo może czyhać zarówno ze strony tych z nizin społecznych, jak i wysoko postawionych. Każdego z nich różni tylko cena. Choć zawsze kiedyś nadchodzi dzień zrównania pychy i pozycji.
Tuczymy wszelkie istoty dla karmienia siebie,
siebie zaś tuczymy dla robaków.
Tłusty król i chudy pachołek są to tylko różne potrawy,
dwa dania na jeden stół, i basta.
Strzeż się więc i pilnie obserwuj – przyjaciel może okazać się wrogiem, a wróg przyjacielem. Postaram się pomóc, ale możliwości są teraz ograniczone. Przesyłam Ci medalik z Matką Boską. Jest bliźniaczą wersją tego, który kiedyś zauważyłeś u mnie.

B.

- To nie wszystko – Artur sięgnął po strzępek gazety, która wypadła z paczki. Była to trzecia strona jakiegoś angielskiego pisma z 10 maja 1811r. Duży artykuł informował, że poprzedniego dnia premier Spencer Perceval został zastrzelony, kiedy wchodził do Izby Gmin.
Zapadła cisza. Mnich spodziewał się, że mimo upływu pięciu lat, nadal nie będzie mógł czuć się bezpiecznie. Odwinął medalik i zaczął mu się przyglądać. Zakonnik zrozumiał, jaką informację chciał mu przekazać tajemniczy przyjaciel. Pewni ludzie postanowili pozbyć się wszystkich świadków operacji Chess- player. Lekki dreszcz przeszedł przez ciało zakonnika. Bardziej jednak poruszyło go, że tutaj, w tym małym mieście, gdzie żyli jego przyjaciele, ludzie których pokochał wielka polityka zaczęła jątrzyć i szerzyć zgniliznę.  Z odrazą potrząsnął głową. Kto z tych ludzi mógłby być angielskim agentem? Spojrzał na wizerunek Matki Boskiej Świętogórskiej stanowiący replikę obrazu z ołtarza. Musi poszukać pomocy. Kogoś, kto żyje w mieście i może powstrzymać działanie siatki szpiegowskiej. Czy Artur będzie w stanie mu pomóc? Z zamyślenia wyrwał go głos Wielachowskiego
- Czy nie pora już żebyś wyjawił mi więcej?
Mnich ocknął się z zadumy. Półprzytomnie spojrzał na siostrzeńca. A może już czas by podzielić się częścią tajemnicy? Czy jednak ma prawo narażać syna mężczyzny, który już poświęcił życie dla ojczyzny? Postanowił wykręcić się od pełnej odpowiedzi.
- Mówią, że Napoleon szykuje wielką armię na wyprawę na wschód. Wraz z przemieszczaniem się wojsk ruszą rzesze ludzi. To świetna okazja by niepostrzeżenie wykorzystać zamieszanie – westchnął zakonnik – i usunąć niepotrzebnych ludzi.
- Wiem, że udaremniłeś akcję porwania Napoleona i musiałeś się potem ukrywać, ale może czas, żebyś podał mi szczegóły? – Artur rozsiadł się wygodnie na pryczy i rozpiął rękaw koszuli. Widać było, że swoje słowa traktuje prawie jak polecenie. Dawał do zrozumienia, że w tej chwili to on musi zając się opieką nad wujem, który przez tyle lat mu pomagał. Mnich nie od razu odpowiedział. Nalał  do dwóch szklanek wody z kryształowej karafki. Podał jedną Arturowi i usiadł obok niego.
Zakonnik chwilę milczał . Ten młody człowiek co prawda dopiero skończył 20 lat, wydawał się jednak nad wyraz dorosły. Widział zresztą, jak młodsi od niego umierali w straszliwych bitwach. 
- Słuchaj synu, wiedza, którą chcesz bym Ci przekazał jest niebezpieczna, nie wiem czy mogę cię tak narażać. – zakonnik potarł czoło – Z drugiej strony, ze złem trzeba walczyć, a ja schowałem się za murami klasztoru, ciesząc się, że moi bliscy są bezpieczni.
Widać było, ze toczy jakąś wewnętrzną walkę. Wielachowski milczał wiedząc, że w tej sytuacji trzeba po prostu umieć słuchać. Pociągnął łyk wody ze szklanki i delikatnie skrzywił się. Płyn był ciepły i miał żelazisty posmak. Podniósł wzrok na Stefana Błażejewskiego. W zakonniku dokonała się przemiana – rezygnacja mieszała się z ulgą zrzucenia z siebie ciężaru.
- w 1806 roku zgłosiło się do mnie dwóch ludzi. Zaszantażowali mnie, że twoja siostra zostanie zamordowana jeżeli nie zechcę z nimi współpracować. Nie wyjaśnili czego ma dotyczyć przysługa, którą miałem im oddać. Wiedziałem, że takim osobom nie można ufać – po akcji zginęłaby i twoja siostra, i ja. I kto by was wówczas bronił i wspierał? Postanowiłem skontaktować się z wywiadem francuskim. Oni szybko odkryli, że za osobami rozmawiającymi ze mną kryją się przeciwnicy Napoleona, skupieni w tajnej organizacji Filadelfów. Wykryli, że celem tajemnej akcji wywiadu angielskiego określonej kryptonimem Chess- player, było porwanie cesarza i zastąpienie go sobowtórem – mną! 
Artur Wielachowski aż otworzył usta ze zdziwienia. – Ty sobowtórem Napoleona?
Mnich uśmiechnął się  - Tak. Wystarczy ściąć długie włosy i zmienić uczesanie. Mimo, że jestem młodszy o cztery lata od cesarza, potrafię łudząco go przypominać.
- Ale akcja się nie udała…
- Tak, w odpowiednim momencie cała akcja grupy angielskich agentów została powstrzymana. Kierował nimi człowiek wyjątkowy Beniamin Bathurst – bezwzględny, ale o wielkim sercu. Człowiek, który działał by sprostać niemożliwym wyzwaniom. Darował mi życie, mimo, że moja podwójna gra doprowadziła do wykrycia siatki Filadelfów, a on ledwo uratował swoją głowę. Ukrywałem się potem przed zemstą, ochraniany przez Francuzów…
- To Bathurst wysłał ci ten list – przerwał Wielachowski.
- Myślę, że to on – westchnął zakonnik. -  Przesyła mi ostrzeżenie – zaczęto likwidować ludzi, którzy brali udział w akcji. Myślę, że on tez musi się ukrywać. A ponieważ ma niskie mniemanie o swoich dawnych mocodawcach, postanowił mi pomóc. Najgorsze jest to, że zarażono to spokojne miasteczko wojną, walką... Tu gdzie mieszkają spokojni ludzie, moi przyjaciele pojawiły się podstęp, oszustwo, a może nawet i zbrodnia…
Ojciec Stefan ze smutkiem popatrzył na rozciągniętą za oknem panoramę Gostynia. Nie wszystko mógł powiedzieć. Pięć lat temu złożył przysięgę i nie mógł jej złamać. Nie wolno mu było zdradzić, kto był jego kontaktem w mieście… Niebezpieczeństwo grozi teraz wielu ludziom…

 

Sonda

Jaki okres historyczny najbardziej lubisz?
 

Info

Uwaga: Po przesłaniu zgłoszenia należy zarejestrować się pod takim nickiem (loginem) jak nazwa zespołu.

Aby zarejestrować zespół NIE WYSTARCZY się zalogować. Konieczne jest wysłanie maila z wypełnionym zgłoszeniem pobranym tutaj.

 

 

 

Reklama
Reklama